Marcowe cytryny

Taki dziwny jest polski marzec. Przysłowie, ta nasza mądrość narodu, mówi że „w marcu jak w garncu”. Taki to nieprzewidywalny czas jest. Przychodzi po łatwych do zdefiniowania skojarzeń miesiącach zimowych. Styczeń i luty – wiadomo: śnieg i mróz. A marzec?
Marzec jest cytrynowy. Jeszcze nie zielony, już nie biały, chwilowo błyska czerwienią zafoliowanych tulipanów i goździków. Pomijając celowo depresyjną szarość wybieram bladą barwę cytrynową, która zbliża nas wrażeniem ku złotemu słońcu. Słońce już wkrótce nadejdzie z wiosną. Właśnie pierwsze, seledynowe listeczki wypuściło po zimowo zakurzone cytrynowe drzewko w korytarzu. Dzielna egzotyczna roślinka pierwsza się obudziła.
Traf chce, że alElla właśnie teraz kusi świeżym, cytrynowym ciastem wg prawdziwie peerelowskiego przepisu swojej mamy.
wykonanie ciasta i fot alElla

 

z domowego archiwum alElli. Po kliknięciu powiększa się lupką!
         To jaki jest marzec? Cytrynowy!
Cytryna. Dziś zwyczajna, codzienna. Nawet niechciana, leży gdzieś w kącie lodówki. Obwiniana o kwas i zanieczyszczoną chemikaliami skórkę. Nikogo już nie ekscytuje. A przecież była w PRL owocem wielce pożądanym. Rzucana do sklepów wyjątkowo, z okazji Świąt, w bardzo ograniczonych ilościach. Jakimś sposobem do blokowych mieszkań docierała wiadomość: „cytryny rzucili”! To elektryzowało gospodynie. W pospiechu zrywały z siebie kuchenne fartuszki lub o zgrozo, wypychały z domu dzieci, z siatką, do kolejki w „jarzynowym”. Biada temu kto się spóźnił! Wracał z pustymi rękami, bez dozwolonego 1 kg owoców. No i herbata była tylko z cukrem. Jeśli cukrowy przydział kartkowy pozwolił.
 Kotłowało się w peerelowskim marcowym garnku, oj… kotłowało! Jako dziecko, stojąc w kolejce po cytryny słyszałam  szeptane  wiadomości o skandalu w pewnym  teatrze. Jakiś aktor zasłonił sobie usta czarną przepaską. Spektakl brutalnie przerwano… Rodzice z niepokojem komentowali wiadomości z gazet i Dziennika Telewizyjnego. Tam, wiąż powtarzano pełne oburzenia przemówienia Władysława Gomułki, pokazywano wiece i marsze z hasłami: „Pisarze do piór”! Brat, świeżo upieczony student, opowiadał o armatkach wodnych i świecach dymnych w mieście. Tyle pamiętam z tamtych wydarzeń, komentowanych nawet na poziomie koleżanek w podstawówce. Nie rozumiałyśmy o co chodzi, ale kto mógł chwalił się posiadaniem starszego rodzeństwa uczestniczącego w zamieszkach. Rodzeństwa, nazwanego po latach „pokoleniem 68”.
Wkrótce ktoś z kręgu znajomych nagle wyjechał, zerwał kontakty z rodziną. Odtąd o tej osobie mówiono ściszonym głosem. Po latach dowiedziałam się, że osoba ta, po szybkim i tajnym ślubie, zamieszkała w Izraelu… Tam było bardzo dużo cytryn. Może nawet takie, całoroczne, żółte i zielone na jednym drzewku.
fot Bet

Niech nam będzie cytrynowo zanim wiosna zaleje zielenią, a maj zakrzyknie na czerwono!

 

Niezwykłe cytrynowe ciekawostki przy kominku u alElli !

75 myśli na temat “Marcowe cytryny

  1. Klik dobry:)Marzec, taki bez kolorów, faktycznie może być cytrynowy. Kolor żółty stymuluje działania i poprawia nastrój. Tak więc cytrynowe ciasto na żółtej serwetce może rozweselić.W pamiętnym marcu, kiedy ruch studencki załamał się, ludzie szczególnie pogrążyli się w apatii. Handlarz zwany „Żydkiem” (lubił, jak się zwracało tak do niego), przestał przywozić mięso i inne dobra spożywcze… Najlepszy uczeń w szkole – Izik – też gdzieś się podział wraz ze swoimi rodzicami…Pozdrawiam serdecznie.

    Polubienie

  2. alEllu, marzec na cytrynowo zbliża nas też do żółtej barwy Wielkanocy. Nie może więc być w innym kolorze. U mnie każdy miesiąc ma jakiś kolor…A zgadniesz dlaczego maj ma „krzyknąć czerwienią” !Osoba, o której opowiedziałam w notce podążyła za swoim żydowskim ukochanym. Zmieniła wyznanie i całe życie spędziła w Izraelu. Początkowo najbliższa nawet rodzina odwróciła się od niej. Zerwano kontakty na wiele lat.

    Polubienie

  3. Witaj Bet. A więc z cytrynami kojarzą Ci się wydarzenia marcowe. A dziś z cytrynami nie ma żadnego kłopotu. Na szczęście…- wypadałoby tylko powiedzieć. Pozdrawiam serdecznie.

    Polubienie

  4. To wspaniały pomysł: „Cytrynowy marzec”. Lubię cytryny, i wprawdzie w niewielkich ilościach, ale dodaję je wszędzie. Od kilku lat zauważyłem jednak, że cytryna, cytrynie nierówna. Jedna jest bardziej kwaśna, inna znacznie mniej. I w związku z tym przestały dla mnie istnieć przepisy, bo one zwyczajnie dla cytryny się nie sprawdzają. Tak więc moja cytrynka raz jest grubsza, raz chudsza, ale zawsze ląduje na galaretkach, pieczeniach, ciastach, i tp. produktach. W latach, które wspominasz z niepokojem, triumf święcił u nas Studencki Teatr Satyryczny „Cytryna”:http://independent.pl/w/31629Na przedstawienia przychodziła władza, i tajni agenci. Można było ich łatwo poznać, bo nigdy szczerze się nie śmiali, i zawsze mieli kwaśne miny. Niestety po marcowych wydarzeniach teatr padł, podobno z przyczyn finansowych. Tak więc cytryna dodaje smaku do każdego dania. :)))

    Polubienie

  5. Kolekcjonerze, wydarzenia marcowe pamiętam tak jak napisałam w notce – bardzo mgliste wspomnienia. natomiast cytryny tak mi się skojarzyły z marcem… sezon bez owoców krajowych /dawniej nie było jabłek całorocznych/ … trudno dostępny.

    Polubienie

  6. anzai, jak widzę moje skojarzenia cytrynowo marcowe nie są pozbawione sensu skoro już ktoś nazwał Kabaret tamtych czasów – „Cytryną”. A zaczęło się tak niewinnie wzruszeniem na widok słabiutkich cytrynowych listków na korytarzowej roślince… Nigdy wcześniej nie kojarzyłam tego miesiąca z Cytrynami. Jakkolwiek historia z kolejkami po cytryny jest prawdziwa to zdarzała się nie tylko w marcu.Dzięki za ten kabaret Cytrynowy.

    Polubienie

  7. Acha, jeszcze w sprawie cytryn. Dawniej, te wystane w kolejce były po prostu cytrynami. Nikt nie zastanawiał się jaka to cytryna. Dziś, na moim osiedlowym bazarku, co stoisko to inny gatunek cytryn!Ja wybieram takie niewielkie, z błyszczącą, gładką skórką. Przed wyciskaniem soku konieczny jest masaż!

    Polubienie

  8. Z tą różnością cytryn to święta prawda. Dzięki temu ciasto cytrynowe jest zaskakujące. Za każdym razem inne. Gdy jest gruba i mocno gorzka skórka, to wyczuwa się w cieście goryczkę. Niektórzy lubią ten gorzkawy posmaczek.Warto przy temacie cytryn uzupełnić przepis, aby przed szorowaniem cytrynę namoczyć na 10-15 minut, aby chemia się odkleiła. Dopiero potem szorować pod bieżącą wodą.

    Polubienie

  9. Dla mnie maj jest zielony. Tak już mam od przedszkola, bo w przedszkolnej piosence…”maj, maj jest na ziemi, świat, świat się zieleni…” Z czerwienią jakoś nie kojarzę (nie licząc defilady 1-Majowej).

    Polubienie

  10. Z kilkunastu teatrów jakie funkcjonowały w tamtych czasach ten był najlepszy, dlatego został zniszczony. Aktorzy bali się występować, bo kiedyś po wizycie Polańskiego wylegitymowano kogo się dało, a potem nastąpiły czystki.

    Polubienie

  11. marzec jest piękny , cytryny są piękne ale japiękniejsze jest to ciasto cytrynowe, prawdziwe, domowe, w żadnym sklepie na świecie takiegi nie kupisz.———pamiętam te cytrynowe kolejki, pamietam mojego szefa jak stanął po oknami biura (bardzo poważnego, wojewódzkiego biura) i na całe gardło wrzeszczał – dziewczymy, wafelki rzucili. Pamiętam jak moja mama chrzestna, która wyjechała do Stanów, przysłała nam pomarańcze niosłyśmy paczkę, leciutko rozerwaną „dla kontroli”, pomarańcze wyzierały z paczki , słyszałam dość długo kroki za sobą, bałam się odwrócić ale w końcu jak sie zdobyłam na odwagę zobaczyłam za soba małego chłopca, szedł wpatrzony w te pomarańcze , no nie dało rady, trzeba było na ulicy rozpakować.Pozdrawiam marcowo. aaaa – zapomiałaś o czymś – u mnie pod oknem koty wydzieraja się jak opętane, wiadomo – marzec.

    Polubienie

  12. Duże cytryny z chropowatą skórką mają grube skóry i mało mięsa w środku.Najlepsze są takie w kształcie jajka, gładkie i błyszczące. To jest bardzo pożyteczny owoc. nadaje sie praktycznie do wszystkiego. Zwykła woda z dodatkiem plasterka CYTRYNY staje się wykwintnym napojem. jest też bardzo dekoracyjna.

    Polubienie

  13. Właśnie czerwień pochodów 1 majowych, dekoracje miasta na czerwono, nawet tulipany zakwitały równiutko w czerwonych rzędach. Jak na rozkaz.

    Polubienie

  14. Malinko, nie mam kota… a osiedlowe piwniczne jakoś zniknęły…. Teraz mi uświadomiłaś, że kotów nie ma!Pomarańcze jedliśmy całą rodziną. Każdy dostawał cząsteczkę, nigdy nikt z nas nie zjadł całego owocu…Teraz często o tym myślę gdy wcinam pomarańcze nawet kilka na raz… Za to bananów nie lubię! A też były wytęsknione i wyczekane.

    Polubienie

  15. S.T.S. "Cytryna" zakończył działalność, ale ostało się kino "Cytryna" w którym wyświetlano kwaśne filmy. Kino istnieje do dziś, tyle że zmieniło siedzibę. Zarządzają nim studenci i odbywa się w nim dużo imprez kulturalnych dla młodzieży w każdym wieku. :))))))).

    Polubienie

  16. Dobry wieczór Bet, aż mi się kwaśno zrobiło w ustach od tych cytryn. Nigdy nie lubiłam cytryn i tak mi zostało. Ale jako kolor miesiąca, bardzo fajny. Ciasto alElli wygląda niezwykle smacznie!! Chcę tylko wiedzieć jakim nożem ukroiła półokrągły kawałek??hęSerdecznie pozdrawiam Bet.**

    Polubienie

  17. Anafigo, podejrzewam, że alElla ten kawałek odgryzła…A wiesz mnie się cytryna wcale nie kojarzy z kwasem. Czasem zdarza mi się wyciskać sok z wielu cytryn /do sporządzenia pewnego napoju…/ ręce mam wtedy lepkie jak po słodkim soku innych owoców. Sam sok z cytryny wypijam bez skrzywienia. Uwielbiam też zapach cytryn.

    Polubienie

  18. Też nie mam kota, chyba że na punkcie swojej pracy , ale u nas w piwnicą są dzikie koty które lokatorka zanęciła .

    Polubienie

  19. Widzę Bet, że ponownie temat schodzi z kwaśnych cytryn na bardziej słodkie pomarańcze. Chyba więc znowu Ci podpadnę, ale chciałbym przypomnieć to co mi się wydarzyło na początku lat 70 ub.w. Pojechaliśmy do znajomych na „wczasy pod gruszą”, i aby się czymś wkupić zawieźliśmy dla ich dzieci kilka pomarańczy. Po obiedzie obraliśmy jednego i wepchnęliśmy maluchom do buzi. Ku naszemu zaskoczeniu oba maluchy, 4, i 5 lat, pogryzły nieco, a następnie z obrzydzeniem .. wypluły. Rodzice przyznali, że maluchy nigdy nie jadły pomarańczy, bo na wieś nigdy takie „dobra” nie docierały. W następnym roku powtórzyliśmy manewr z bananami, i wynik ten sam … No i jak tu wierzyć, że pragnęliśmy tego Zachodu? To raczej nam dorosłym marzyło się to co nam wmawiano, że takie dobre.

    Polubienie

  20. Malinko, skoro sąsiadka karmi i nęci koty to dobrze by było aby je też wysterylizowała…prawda?

    Polubienie

  21. Nie podpadłeś, anzai…. całkiem pouczająca ta historia. Znam przypadek dziecka, które wypluwało czekoladę, którą częstowała kochająca Babcia. Dziecko było odżywiane bezcukrowo i bezsolnie – taka moda była w kwestii odżywiania dzieci.Babcia była nieuświadomiona i chciała zrobić wnuczkowi przyjemność.Ja „pluję” bananami…nie dosłownie ale oględnie mówiąc nie przepadam za nimi.

    Polubienie

  22. … lubimy przecież tylko to co znamy. Ale jak nie podpadłem, to przypomnę kolejną sztuczkę o jakiej zapominają rodzice. Ja byłem typowym niejadkiem. Moja mama, gdy zauważyła, że jem tylko to co innym smakuje, te bardziej „zdrowe”, a niesmaczne potrawy zachwalała (och, jakie dobre, pyszne, smaczne) chcąc, abym je jadł. Parę razy dałem się nabrać, a potem reakcja, i odtąd wszystko co inni zachwalali było „be”. Na szczęście podróże mnie podkształciły i zacząłem być koneserem nieznanych potraw, za którymi przepadam, ach to bawole oko (no teraz już na pewno podpadłem)!

    Polubienie

  23. Anzai, najlepsze są 7-miesięczne kastrowane jagniątka. Następnie ciasto cytrynowe, a oko może być ewentualnie trzecie.

    Polubienie

  24. Kiedyś mnie posądzono, że pożeram żywcem noworodki, a chodziło tylko o karakuły, czyli … a dalej już nie będę wyjaśniał

    Polubienie

  25. o tak, teraz podpadłeś! Oko odrzucamy zdecydowanie. Niektórzy rodzice są przebiegli do tego stopnia, że wybrzydzają na „zdrowe” jedzenie aby znając przekorę dziecka zjadło to co trzeba… To jest dyplomacja stosowana też z powodzeniem między małżonkami…hi,hi…

    Polubienie

  26. Co Was opętało wieczorowa porą? A kysz, a kysz…. odpędzam złe myśli od Was bo będziecie śnić koszmary.

    Polubienie

  27. Nie ma klubu o tej nazwie. Jest Kino "Cytryna", które m.in. użyczyło swojej sceny przedstawieniu: STS medyków "CYTRYNA" REAKTYWACJA. Kino "Cytryna" jest, można by rzec Centrum Kultury Studenckiej. :-)).

    Polubienie

  28. No skoro anzai tu buszuje ze swoimi „oczami” to może przypomnę inne popularne zastosowanie cytryny. Kiedyś skończyły nam się zapasy na pikniku, i wtedy wypróbowaliśmy przepis na lemoniadę z miętą. Po schłodzeniu w studni napój okazał się boski. Moja babcia pod koniec pieczenia na to cytrynowe ciasto nakładała podsmażane wcześniej w cukrze plasterki cytryny, potem podsypywała wszystko cukrem i zapiekała dalej. Ale jak mówiła ostatecznego efektu nie dało się przewidzieć, dlatego częściej oszukiwała nas, i te zblanszowane w cukrze plasterki cytryny nakładała już po upieczeniu.

    Polubienie

  29. ezakio, to wspaniały pomysł z plasterkami cytryny. Już czuję jakie to orzeźwiające musi być. Dziękuję za podpowiedź. Lepsze takie ciasto od anzaiowych bawolich ócz. Niech sam zjada.

    Polubienie

  30. To nie ja zacząłem z oczami, ale alElla zaczęła kastrować jagniątka. No, ale wczoraj za długo jeździliśmy u mnie pociągami. Może dla zmniejszenia mojej winy sprzedam Wam przepis na tort z ciasta cytrynowego. Po prostu odkrawam 1-2 cm. ciasta z góry i robię z tego spód. Z reszty ciasta robię okruchy wielkości winogron i mieszam je z przygotowaną wcześniej zimną, ale jeszcze nie ściętą galaretką cytrynową. Po schłodzeniu pycha, daje się kroić jak tort. Ale teraz się odchudzam ;(((

    Polubienie

  31. No racja, to ja. Ale jak się jedzie pociągiem z Warszawy do Belgradu to wszystko może się pokiełbasić, albo „pooczobawolić”. A tort pyszny, bo mokry …

    Polubienie

  32. Z tymi kotami to masz rację ale kto sąsiadce do rozumu przetłumaczy ? raczej nie ja , sąsiadka ma dobre serce dla zwierzaków za to z sąsiadami wojenki toczy. Ja jestem ugodowa, uśmiecham się tylko, głowy pod topór nie włożę. Sąsiad po dobroci próbował koty wywieźć , wpuścił je do mleczarni oddalonej od miasta o kilkanaście kilometrów i co ? koty i tak wróciły a sasiad ma zdemolowane siedzenia w samochodzie bo jeden koteczek w czasie drogi wylazł z pudła i dostał nerwicy

    Polubienie

  33. Nęcenie kotów do bloków, bez jakiejkolwiek odpowiedzialności za nie jest wręcz niehumanitarna zarówno dla kotów, jak i dla ludzi – sąsiadów. Jak taka dla kotów dobra, to niech przeznaczy dla nich swój dom i tam trzyma oraz rozmnaża.

    Polubienie

  34. Witaj Bet 🙂 szczęśliwym trafem załapałam się na to przepyszne cytrynowe ciasto (moje ulubione) i mogłam nacieszyć oczy optymistycznymi barwami cytrynowego drzewka. Było mi to bardzo potrzebne, dziękuję :)))

    Polubienie

  35. Malinko, rozumiem problem. takim miłośnikom kotów trudno wytłumaczyć, że sterylizacja nie jest krzywdą dla zwierząt tylko zapobiega nadmiernemu rozmnażaniu. Nikt u nas tego problemu nie nagłaśnia i nie daje na to pieniędzy a to rozwiązałoby po jakimś czasie problem bezdomnych zwierząt. Takie zwierzęta są zagrożeniem dla ludzi, zwłaszcza dzieci bo są nosicielami wielu chorób, mało kto o tym myśli…

    Polubienie

  36. oczywiście alEllu. To jest ponadto zagrożenie dla ludzi – ile chorób takie dzikie zwierzęta przenoszą nikt nie myśli.

    Polubienie

  37. Witaj Bet, czyżby pamięć mi szwankowała, ale poza kilkoma latami stanu wojennego, to nie pamiętam kłopotu zakupem cytryn. a nawet pamiętam doskonale, że robiłam tort pomarańczowy i tartę cytrynową, a więc nie musiały to być ta rzadko spotykane owoce, bo przecież by się wtedy ich nie zużywało do ciasta. Może w Warszawie było lepsze zaopatrzenie? A może moja pamięć jest wybiórcza w tym sensie, że wykosiła, co było gorsze, a zachowała to, co dobre?

    Polubienie

  38. Mario, u mnie w domu pomarańcze dzieliło się każdą na cztery części – dla rodziców i dzieci po 1/4 bo pomarańcza to był bardzo rzadko spotykany owoc. Po cytryny stałam w kolejce jako dziecko. Ty było w latach 60-tych. Być może w W-wie było inaczej, tego nie wiem.

    Polubienie

  39. Zgadza się Bet. Mąż przywióżł mi w aktówce pomarańcze z Warszawy w 1969 roku.( chorowałam w ciąży z moim pierworodnym i te pomarańcze łapczywie pożerałam) Po miesiącu i u nas w sklepach na śląsku zaczęły się pojawiać. Cytryny ciut wcześniej. Pozdrawiam

    Polubienie

  40. Witaj Bet! „Jeszcze mam na ustach smak…”, jak z jakiejś piosenki to zapamiętałem, Twoich sfermentowanych buraków, a już Maria podejrzała „cytrynówkę”. Wolę wprawdzie pieczoną w piwie golonkę, ale warto się przełamać i spróbować innej formy pieczystego.Pozdrawiam!

    Polubienie

  41. Ja w latach sześćdziesiątych byłam za mała na pieczenie tortów pomarańczowych i robienie tary cytrynowej. Nie pamiętam, czy mama w tych latach piekła to ciasto cytrynowe. Pamiętam jednak, jak przez mgłę, jak Władysław Gomułka każdego roku gdzieś od października ogłaszał, że na redzie stoją statki z cytrusami z Kuby i tak do Bożego Narodzenia czekaliśmy na te cytrusy. Zajrzałam do swoich wspomnień… Któregoś dnia przed Bożym Narodzeniem obudził nas w domu zapach skórki pomarańczowej… Jakaż to była radość! Nie mogło więc być po dostatkiem cytrusów, skoro tak silne emocje wzbudzał sam zapach… Pamiętam, że pokrojoną i posypaną cukrem cytrynę dostawał ktoś chory na grypę, czy zapalenie płuc lub mocno przeziębiony. W zakamarkach pamięci mi błyska anegdota, że Władysław Gomułka uważał, że cytryny świetnie zastępuje kwaszona kapusta, która ma te same ilości minerałów i witamin i dlatego niechętnie składał zamówienia cytrynowe na Kubie. Ktoś wpływowy miał na to odpowiedzieć, że kapusty nie wrzuci się do herbaty.

    Polubienie

  42. alEllo, te ciasta to juz lata 70., lat 60. też za dobrze nie pamiętam, choć kojarzę, że wtedy nie było kłopotów z kupieniem mięsa, jak mówię przynajmniej w Warszawie. Babcia kupowała na rosół wołowinę pieczeniową bez kości, uznając, że taka jest najlepsza. W ogóle książki kucharskie z lat 60-70 częściej podają przepisy i jadłospisy na potrawy z wołowiny i cielęciny niż np. z drobiu.Pamiętam, jak z siostrą wybrzydzałyśmy nieraz babci: co znowu na obiad te kotlety schabowe lub bitki wołowe. a babcia mówiła: jedzcie, nie narzekajcie, bo może być gorzej i jeszcze będziecie do nich tęsknić.Babcia po doświadczeniach II wojny, okupacji nie przywiązywała wago do gromadzenia dóbr materialnych, jakichś drogich mebli dywanów, bo przekonała się, jak łatwo można wszystko stracić, ale stawiała na dobre wyżywienie i przeżycia intelektualne, a więc książki, teatr, kino, wakacje itp.

    Polubienie

  43. Bet, lat 60. to aż tak dobrze nie pamiętam. Tak więc głowy nie dam, jak to wtedy było z tymi cytrynami i pomarańczami.

    Polubienie

  44. Jeśli chodzi o mięso, to ja pamiętam, że zawsze było w domu. Moczyły się jakieś kawały mięsa w marynacie, na podwórkach dymiły wędzarki. W czasach, gdy nie było lodówki, mieliśmy na parapecie skrzynkę-lodówkę na mięso. Zupy też się gotowało na mięsie. Zapamiętałam, bo ja nie lubiłam takiego gotowanego z zupy- włókna „rosły” mi w gardle. Potem babcia się uchytrzyła i z tego gotowanego takie mielone kuleczki robiła. Dużo się jadło cielęciny.

    Polubienie

  45. A! Jeśli mięso było z kością, to lubiłam wystukiwać szpik z kości. O ten szpik, bo go było niedużo, to rywalizowałam z bratem. Na wyścigi więc po szkole biegło się do domu. Kto pierwszy – miał szpik hi, hi…

    Polubienie

  46. Przede wszystkim musze podziekowac wszystkim ,ktorzy mi radzili jak sobie zrobic polskie literki.Skorzystam byc moze w przyszlosci z tych rad.Punkt nastepny to gratulacje w zwiazku z Twoim jubileuszem.Przepraszam,ze tak pozno ale zwyczajnie powalilo mnie jakies chorobsko najpierw a pozniej mialam mala reorganizacje hi,hi.Glownie chcialam sie odniesc jednak do 68 roku.Bo dla mnie byl znaczacy.Przyszla na swiat moja corka,wiec to co sie dzialo dookola jakby z opoznieniem do mnie trafialo a przeciez znajomi chlopcy byli wysylani do Czech i znikl nagle jedyny kiosk ze slodyczami w moim miasteczku .Zawsze chodzilo sie po slodycze do Zyda i nagle budki i Zyda nie bylo.. Wiesz ,w glebi ducha marzy mi sie na zebranie sie w sobie i zalozenie wlasnego bloga ale w momencie gdy czytam takie kwiatki jak ptak zapatrzony w autorytet ,to moja odwaga w tym wzgledzie gdzies ucieka….

    Polubienie

  47. Ooooo…Reno, ale mnie wzruszyłaś i rozbawiłaś tym ptakiem. Cieszy mnie, że się podoba, miło też, że jesteś z nami. Odwagi, załóż bloga i baw się nim. To jest świetna i kształcąca rozrywka. Skoro mieszkasz na obczyźnie to bardzo interesujące by było podglądać jak codzienne życie codzienne problemy i radości wyglądają w innym kraju…. Spróbuj. Polecam i zachęcam.Pozdrowienia posyłam słoneczne i wiosenne.

    Polubienie

  48. Reno, czytam Twoje komentarze i uważam, że masz bardzo dużo do opowiedzenia. Poza tym Twoje pióro jest zrozumiałe, lekkie i poprawne. Nie widzę więc powodu, dla którego nie miałabyś pisać, jeśli oczywiście czas pozwala. Tak! Tak! Namawiam i proszę usilnie. Bo, jak nie, to z Bet Ci blogaska założymy i jako niechciany prezent wręczymy hi, hi…Pozdrawiam serdecznie.

    Polubienie

  49. O,ooo,oooo ! To jest pomysł, wręczymy. Niechciane prezenty są czasem bardzo pożyteczne. Właśnie się borykam z takim. Dostałam wczoraj zakwas na chleb i przepis na domowy chleb. No i muszę to zrobić.Moje koleżanki ostatnio „zachorowały” na domowe chleby. Ciekawa jestem czy i mnie sie uda.

    Polubienie

  50. No, to bierz się do roboty. Ja tymczasem pójdę do piekarni.Potem będę piekła ciasto cytrynowe na jutrzejszą majówkę. Ma być 20 stopni ciepła. Lukier się nie rozpuści wśród krokusów?

    Polubienie

  51. Robota z ciastem trwa dwa dni. Tyle ma rośnięcia, oddychania itp ceregiele. jak przeczytałam dokładnie o co tam chodzi to mi sie odechciało. Ale muszę bo bedą pytać jak wyszło. To co powiem? Że zakwas wyrzuciłam?Lukier sie nie rozpuści. jest twardy jak porcelana.

    Polubienie

  52. I to jest właśnie ogromna zaleta tej polewy. Twarda, szybko tężeje, a więc nie wsiąka w ciasto, daje się kroić nożem pięknie i podczas krojenia nie „odpstrykuje” od ciasta.A z chlebem… jak tam sobie chcesz… mnie by się nie chciało :)))

    Polubienie

  53. elElo,Bet kochana ,zwyczajnie dodalyscie mi odwagi,sprobuje..Jeszcze nie wiem jaki to bedzie blog.Mam przerozne zainteresowania,swoje przezylam ,doswiadczenie zyciowe hi,hi posiadam a jakze i lubie dyskutowac na rozne tematy.Na razie korci mnie okrutnie,zeby wyprodukowac list otwarty do Geerta Wildersa wrr.,Berta z Holandii pewnie wie o kim mowa.Bardzo mnie facio wnerwia ale to sobie pojde na polonie holenderska to tam powywijam.Nie mam zbyt wielkiego doswiadczenia komputerowego,no i polskiej klawiatury i pewnie to bedzie wielkie utrudnienie bo bledow sie tak szybko nie wylapie….a i trolle pewnie beda mialy pozywke.Bedzzie troszke o polakach na obczyznie,troche wspominek (chociaz nie mam zamiaru robic konkurencji Bet i nie beda to wspominki typowow PRL-owskie.Jak nie sprobuje to chyba moje najwieksze marzenie zyciowe,ktore kolatalo mi sie po glowie od wczesnego dziecinstwa zostanie w swerze marzen…

    Polubienie

  54. Brawo Reno! Do dzieła! A jakież to marzenie od dzieciństwa ci towarzyszy? Przecież nie blogowanie bo to nowoczesny wynalazek….To jest temat na pierwsza notkę ” Marzenie mojego życia”!

    Polubienie

  55. czytam, że chleb wybieracie się piec … ja piekę czasem chlebek kminkowy, można oczywiście z czym kto lubi, z czarnuszką, ze słonecznikieem ale z kminkiem najlepszy. To chleb dla zapracowanych kobiet bo bardzo prosty do zrobienia. Przepis zostawiłam w „kuchni” u Piota Opolskiego … POZDRAWIAM

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s