Jasia

Odeszła na zawsze w 2022 roku… Umarła w środku pierwszego miesiąca Nowego Roku, który zazwyczaj budzi nadzieję na lepszy czas. Jeszcze na dobre nie przebrzmiały serdeczne życzenia, którymi obdarzamy się z okazji Świąt Bożego Narodzenia  i Nowego Roku. Otulana przez bliskich słowami otuchy i nadziei, że się uda, że zwycięży, że będzie dobrze… Nie udało się. Choroba spotęgowana przez zakażenie wirusem Covid nie dała szans. Zakończyło się pełne troski, poświęcenia i dzielności życie.

        Jasia była zrobiona z samej dobroci i dokładnie wyprana z egoizmu. Miała nie lada misję do spełnienia bowiem los powierzył jej opiece autystyczną córkę urodzoną w czasach kiedy ani diagnoza, ani rehabilitacja i wsparcie instytucjonalne nie były tak oczywiste jak dziś. Cóż to było za życie! Pełne zmagań o organizację każdego dnia dla całej rodziny. Dziecko specjalnej troski oraz dwóch, w pełni zdrowych synów, którym trzeba było zapewnić szczęśliwe dzieciństwo oraz wsparcie wieku dorastania pomimo nieustannej troski o córkę. A do tego praca zawodowa nauczyciela-wychowawcy. Dzięki przychylności Dyrekcji Szkoły i współpracowników udawało się dostosowywać wymiar etatu oraz godziny pracy do potrzeb tej rodziny. Jasia wypełniała wzorowo i z pasją swoje służbowe obowiązki. I nie było to działanie „w zamian” za służbową przychylność. Wychowankowie lubili swoją opiekunkę. ”Dziękujemy pani Profesor za dobroć i ciepło, którym nas Pani otaczała” – można było przeczytać w jednym z okazjonalnych liścików. Tak więc moje twierdzenie, że była „ zrobiona z samej dobroci” ma tu mocne potwierdzenie. Jasia taka była.

        W swoim zabieganiu i wytężonej pracy wyszarpywała godziny na zaspokojenie osobistej potrzeby kontaktu z naturą i kulturą. Uwielbiała szkolne wycieczki i imprezy. Inicjowała prywatne wypady do teatru, galerii sztuki zawsze zakończone w kawiarni na pogaduszkach. I w pracy i w tych poza służbowych wydarzeniach byłam jej częstą towarzyszką. Każda z nią przegadana chwila była lekiem na własne troski, które wydawały się niczym w porównaniu do życiowych zmagań Jasi.

Realizacja osobistych potrzeb i spełnienie zawodowe było możliwe dzięki wsparciu  oddanego  rodzinie męża. Zacny to jest człowiek, który jednak z biegiem lat sam opadał z sił i obecnie wymaga sporo troski. Jakże mu teraz będzie bez swojej Janeczki? Tak pięknie i czule nazywał swoją żonę.

        Na koniec trudnej życiowej drogi pozostali oboje, choć ze wsparciem synów, ale jednak… Mocno posunięci w latach z dorosłą, o mentalności i zachowaniach dziecka, córką. A mimo tego uśmiech i pogoda ducha ich nie opuszczały. A dzielna Jasia obdzielała swoją energią, optymizmem i siłą wszystkich bliskich. O córce mówiła:”Jest naszą radością, wypełnia sobą dom i wnosi do niego tak wiele życia, że nie ma czasu na narzekania i smutki ”. Kochali się wszyscy bardzo. Jasia zaś była niekwestionowanym, bardzo szanowanym i kochanym liderem rodziny.

        Och, Jasiu! Zasłużyłaś, jak niewielu, na cieplutką, niebieską chmurkę i kilku swawolnych aniołków do towarzystwa.

Do spotkania kiedyś!

Stefcia

        Rówieśnica, sąsiadka z mieszkania w bloku, towarzyszka dziecięcych zabaw i doświadczeń wczesnego dojrzewania, zawsze schludnie ubrana i uczesana w dwa starannie zaplecione warkocze. Zwykła, o przeciętnej urodzie, dziewczynka z peerelowskiego bloku. Rodzina Stefci pochodziła ze wsi. Rodzice – robotnicy pobliskiej fabryki zamieszkali na naszym osiedlu z fabrycznego przydziału i chyba w ramach przepływu ludności ze wsi do miast charakterystycznego w powojennych latach.

        „Wiejskość” tej rodziny objawiała się przywdziewaniem chustek na głowy kobiet, zaplataniem warkoczy oraz częstymi odwiedzinami krewniaków z zapasami wiejskiej żywności taszczonymi w koszach owiniętych prześcieradłem i nasiąkniętych zapachem sfermentowanego mleka, szorowaniem miejskich parkietów za pomocą szczotki oraz wiadra z wodą co powodowało czasem wilgotnienie sufitów w naszym mieszkaniu. Te sąsiedzkie uciążliwości stopniowo zanikały wraz z nabywaniem miejskiego sznytu i nigdy nie przeszkadzały w dobrosąsiedzkich stosunkach. A już w żadnym wypadku nie miały wpływu na dziecięce przyjaźnie. Państwo dyrektorostwo i inżynierostwo z sąsiedztwa chętnie wymieniało codzienne uprzejmości z kobietami w chustkach i z szacunkiem patrzyło na spracowanego robotnika w berecie z przyklejonym do warg papierosem marki Sport, który nawiasem mówiąc, zginął tragicznie spadając z wysokiego fabrycznego komina. To dobrzy i życzliwi ludzie byli. Chętni do pomocy i dzielenia się wiejskimi dobrami żywnościowymi. Cielęcinka i pachnąca czosnkiem kiełbasa była w pewnym okresie rarytasem. Zdolności i możliwości organizacyjne Kobiety w wiejskiej chustce były nieocenione przy organizacji domowego wesela. Mojego też:)

        W dzieciństwie, Stefcia była częstym gościem w naszym domu i jak się po wielu latach dowiedziałam, czerpała wzory z życia rodziny „inteligencji pracującej”. Do dziś wspomina z rozrzewnieniem smak kanapki ze szczypiorkiem, którą była u nas częstowana oraz zwyczaj używania papierowych serwetek – chociaż mnie zachwycał jej gest obcierania buzi dłonią podczas jedzenia. W domu Stefci nie było miejsca na takie fanaberie:) Było za to miejsce dla wielu krewnych ze wsi, którzy poszukiwali lepszego życia w mieście. Okresowo w mieszkaniu o powierzchni 48 metrów gnieździło się 9 do 10 osób pracujących i uczących się w fabryce. To z kolei było niezłą lekcją empatii dla mnie i mojej rodziny.

        „Wiejskość” rodziny Stefci kryła się też w imionach dzieci. Była więc Józefa, Stefcia, Gienia, Jasiek oraz Staszek i pomieszkujący u nich Franek. Moda na te imiona przyszła o wiele później, lecz w latach pięćdziesiątych ewidentnie wskazywała pochodzenie.

        Dzieciom nie robiło to żadnej różnicy, ja nawet zazdrościłam takich prostych imion bo moje wydawało się w tych czasach nazbyt wymyślne. Stefcia bawiła się ze mną lalkami, chodziła na zajęcia rytmiki i baletu w fabrycznym Domu Kultury. Wszystkie dzieci z osiedla tam chodziły, z tym, że te „inteligenckie” musiały opłacać zajęcia, a „robotnicze” miały  gratis. Taka segregacja obowiązywała! Jednak bez szkody na dziecięcą psychikę.

        Po zakończeniu edukacji w szkole podstawowej nasze drogi się rozeszły. Stefcia uczyła się w technikum – ja w Liceum Ogólnokształcącym z planami na Wyższe studia – Stefcia już niekoniecznie. Wcześnie wyszła za mąż, rodziła dzieci gdy ja pławiłam się w beztroskim i radosnym akademickim życiu.

        Stefcia miała szczęście dla dobrych ludzi: bardzo dobrego męża i  teściów. Wychowała synów bez szczególnych problemów wychowawczych. Była wielkim wsparciem dla osieroconej wcześnie lecz wzorowo wychowanej przez babcię siostrzenicy i potem, starzejącej się matki.

Całkiem niedawno Stefcia straciła męża i bardzo dobrą teściową. Wnuki wyrosły i nie potrzebują już opieki babci więc Stefcia stwierdziła, że „wykonała swoją rodzinną misję”.

Więc teraz… Studiuje psychologię na Uniwersytecie Trzeciego Wieku! Spełnia swoje marzenia, na które wcześniej nie miała czasu!

        Stefcia mówi też tak: ”Od małego uczyłam moje dzieci – Nigdy nie kładź się spać pokłócony i w gniewie bo nie wiadomo kto obudzi się następnego dnia, a kto już nie”.

Okolicznościowe Życzenia Świąteczne i rozmowy im towarzyszące bywają bardzo znaczące.

Za dobroć, życiową mądrość Stefcia zasłużyła na miejsce w Galerii Ludzi Zapamiętanych. Bo w mojej pamięci będzie i tak na zawsze w przegródce „Dobrzy i wartościowi”.