Deptać, czy nie deptać?

100_8077.JPGKtóż nie lubi chadzać swoimi drogami, tam gdzie  nogi same niosą w poszukiwaniu najkrótszej drogi do celu? Wolność, wolność i swoboda! To cóż, że pod nogami trawa młoda?

To umiłowanie wolności w odniesieniu do miejskiej zieleni bywało w poprzednim ustroju poważnie ograniczane. Osiedlowe  zieleńce, skwery i parkowe alejki były masowo wyposażane w tabliczki z ostro brzmiącymi hasłami: „Nie deptać trawników!” lub „Szanuj zieleń!” Takie swoiste znaki nakazu i zakazu miały jednolity wzór i wykonanie uzgodnione być może przez jakieś ważne plenum lub komitet: Deska w kolorze zielonym i białe litery napisu wykonane za pomocą pędzla i farby olejnej, wbita w trawnik za pomocą krótkiego drewnianego kołka, często dość koślawo. Opisane tabliczki nie podnosiły szczególnie estetyki otoczenia ani nie świeciły przykładem dobrego wzornictwa, ale jakże skutecznie działały wychowawczo! Przynajmniej na część społeczeństwa, w tym dzieci i młodzież. Tak, tak! W tamtych czasach od młodocianych obywateli wymagano stosowania się do ogólnie przyjętych norm społecznych i pewnej dyscypliny zachowania w przestrzeni publicznej. Zakaz to zakaz i niesfornych  karano. Nie pamiętam, aby kary były dotkliwe. Dla dzieci upomnienie lub /o zgrozo!/ rodzicielski klaps, a dorosłym chyba przysługiwał mandat lub nakaz naprawy szkody w „czynie społecznym”?  Szczerze mówiąc nie mam wiedzy w stosowaniu kar gdyż nie dotyczyły one grzecznych dziewczynek. Hi, hi, hi…

 Pamiętam jednak jak łobuzujący chłopcy karnie spulchniali glebę na wydeptanej przez siebie ścieżce za pomocą małych łyżeczek… Takie represje stosowano wobec uczniowskich aktów dewastacji wspólnej zieleni. Dla złagodzenia obrazu zapewniam, że przytoczona kara dotyczyła bardzo krótkiego odcinka terenu, zaledwie metr lub jeden i pół metra i miała charakter symboliczny. Nauka nie poszła w las i do dziś wzdragam się postawić stopę na pokrytym zielenią publicznym terenie choć zakazów brak. Napisów nie widać, ale przyzwoitość i szacunek do cudzej pracy nadal obowiązuje jak mniemam. Jeśli trawnik okalają chodniki z betonowych płyt lub elegancka kostka brukowa to należy z nich korzystać choćby nieco nadkładając drogi, czyż nie?

Wychowanie w tabliczkowym terrorze chroniące państwową zieleń powodowało, że nikt nie odważył się wylegiwać na kuszących latem zielonych wiślanych bulwarach  czy w miejskich parkach. Dozwolone było siadanie wyłącznie na ławeczkach. Dalej ani kroku! Dlatego nieraz przecieraliśmy ze zdziwienia oczy obserwując sceny z amerykańskich filmów ukazujące piknikujące na parkowych trawnikach rodziny i grupy studentów wylegujących się na murawie okalające budynki zacnych uczelni. Z czasem obrazki takie napływały do nas co raz częściej za sprawą rozwijającej się telewizji, a po otwarciu granic w kierunku magicznego zachodu osobiście zdobywaliśmy nowe trawnikowe doświadczenia. Śniadanie na trawie Pól Marsowych u podnóża Wieży Eiffla! Piknik nad brzegiem Renu w centrum Kolonii albo Bonn. Niesamowite wrażenie!

100_5017
park miejski, Anglia, foto Bet

Na usprawiedliwienie peerelowskich zakazów używania państwowej trawy dodać należy, że były to trawniki kiepskiej jakości. Prawdę mówiąc często po prostu spontanicznie porastająca ziemię dzika trawa… Ówcześni spece od rolnictwa zbyt zajęci byli podnoszeniem wydajności ziemniaka z hektara, aby propagować i wspomagać rozwój trawnikowej kultury. Sęk, a raczej źdźbło, w tym, że murawa dobrze znosi udeptywanie, ugniatanie, wylegiwanie, a nawet brutalne traktowanie piłkarskim butem tylko wtedy gdy powstaje z odpowiednio dobranych gatunków traw. Nooo… Teraz to takie specjalistyczne trawniki mamy w obfitości wielkiej i zakazy ich używania właściwie straciły sens. Nie zwalnia to jednak społeczeństwa od używania chodników dla pieszych zgodnie z ich przeznaczeniem i sprzątania nieczystości pozostawianych przez ulubione czworonogi.

Dla poparcia peerelowskich zakazów dodać należy, że problemem walki z wandalizmem trawnikowym zajmowali się nawet poeci i artyści wielkiej klasy. Oto przykład piosenki powstałej w Kabarecie Starszych panów i zaśpiewanej przez  Magdę Umer

Nie deptać trawników
(sł. J. Przybora, muz. J. Wasowski)

Nie deptać trawników, nie deptać trawników
Deptanie trawników to hańba trzewików
Bo trawnik zdeptany jak cześć lub uczucie
Jak krew pozostawi chlorofil na bucie

Wojskowy, i cywilu nie marnuj chlorofilu!
Wojskowy, i cywilu nie marnuj (chlo)rofilu!

Nie deptać trawników, nie deptać trawników
W trawnikach bez liku jest polnych koników
I polne tam klaczki, i polne źrebaczki
Ogierki, wałaszki, ojej!

Deptanie dla tych stworzeń, to pasmo upokorzeń!
Deptanie dla tych stworzeń, to pasmo (u)pokorzeń!

Ha! A zatem deptać czy nie deptać? Oto jest pytanie!

100_5025
angielski kot w zadumie, foto Bet

 

Logo blogspotowetekst jest też tutaj 

Zatwierdzam.gif

Reklamy

Ogrodniczka parapetowa

A może parapetówka ogrodowa? Hi, hi, hi…

Cóż mi począć skoro w czas majowej, botanicznej eksplozji odczuwam atawistyczny głód ziemi? Swędzą dłonie, zmysły szaleją od widoku kwiatowych dywanów na pobliskim bazarze. Sadzonki, rozsady, kwitnące i w pączkach, kolorowe, błyszczące i wszystkie kokietujące swą urodą. Któż mnie powstrzyma, no kto? Już od wczesnej wiosny gromadzę zgrabne woreczki ziemi ogrodniczej uniwersalnej i anektuję pobliskie balkony oraz parapety. To cóż, że nie wszystkie moje? Klatka schodowa z oknem i balkonem też nadają się pod uprawę doniczkową. Jak na razie nikt nie walczy o tę przestrzeń więc zazieleniam każdy skrawek. Zapobiegliwie wyhodowana rozsada z ubiegłorocznych pelargonii już znalazła miejsce na korytarzowym balkonie. Rośnie równo w towarzystwie złocistych bratków pozostałych z wielkanocnej dekoracji. Jak takie śliczności wyrzucić gdy w pełnym rozkwicie upojnie pachną?

100_8061

        Całoroczne starania o wilgotność i czystość wiecznie zielonych roślin na korytarzowym parapecie daje efekt. Zakwitła hoja /woskownica/ i nieznana bliżej, podrzucona przez sąsiadkę roślina, która chyba okaże się gerberą. A może tylko gerbero podobną?

 

100_8043100_8052100_8062      Majowa roślinność szaleje i ja też! Prywatne parapety i balkon ukwiecone na bogato. Jeszcze tylko pelargonie zbierają swe siły do kwitnienia i już robią niespodzianki. Miały być różowe, a niektóre z zielonych pączków ukazują nieśmiało płateczki w czerwieni. To psotniki!

100_8035100_8036100_8040100_8065

Wciąż czuję niedosyt. Żądam więcej parapetów!

Podlewając te doniczkowe uprawy myślę sobie, że oto uczestniczę w „nowej świeckiej tradycji”, do której zaliczam ukwiecanie okien oraz precyzyjne pielęgnowanie terenu wokół posesji. Tam gdzie dawniej wystarczały krochmalone firanki i doniczka z mirtem wewnątrz – dziś hodujemy zewnętrzne kaskady surfinii i wieszamy kipiące kwiatem donice.  Tam gdzie dawniej luźno rosła trawa oraz mlecz i inne chwasty – dziś pyszni się równo strzyżony żywopłot i trawnik gładki niczym stół.

Wspominam, że dawniej na moim osiedlu pielęgnowano /w czynie społecznym, rzecz jasna/ ogródki przed blokami, ale parapety mieszkań stały puste, a klatki schodowe straszyły buro malowaną lamperią i zakurzonym oknem, na szczęście bez śladów dewastacji.

W sierpniu 2011 pisałam w notce pt „Kwiaty polskie, ludowe” o działalności osiedlowych Pań Ogródkowych:

Aby przed domem było ładnie – musiał być klomb, rabata. Klomb w kształcie koła, rombu lub prostokąta. Najczęściej kombinacja tych figur oddzielonych wąziutkimi, pracowicie wydeptanymi ścieżkami.

Na klombie rosły kwiaty i rośliny ozdobne. Ziemia wzruszana pazurkami, plewiona / to słowo to już archaizm?/ i podlewana konewką.

Wieczorami, Panie Ogródkowe, pilnie śledziły klombową sytuację. Niech no tylko jakieś źdźbło perzu przebiło się przez obowiązkowo czarną ziemię, natychmiast: Cap! Do kompostownika precz! Siłą i zręcznością dłoni. Bez chemicznych „dopalaczy”. Ekolożki??? Hi, hi…

Reasumując majowe porównania:

– Jest dobra zmiana!

– Teraz ja jestem Panią Doniczkową. W czynie społecznym, rzecz jasna. Ku chwale!

Logo blogspotowetekst jest też tu

Zatwierdzam.gif